Jak nam pomóc?

Kiedy zbliża się Boże Narodzenie, stajemy się lepsi, a przynajmniej chcemy zrobić coś dobrego. Pojawia się myśl, aby zaprosić na święta dziecko pozbawione prawdziwej rodziny. O czym powinniśmy wiedzieć, zanim się na to zdecydujemy, mówi Elżbieta Stencel-Kileo, dyrektorka Domu Dziecka nr 11 w Warszawie.

NAJ: Niezłe warunki mieszkaniowe i dobre chęci - czy to wystarczy, aby zabrać do siebie dziecko z domu dziecka na świąteczne dni?
Elżbieta Stencel-Kileo: Nie, przede wszystkim to powinna być dobrze przemyślana decyzja. Jeśli ktoś pomyślał o tym dopiero teraz, przed samymi świętami, to może tylko ulega świątecznemu nastrojowi. Dom dziecka to nie jest wypożyczalnia dzieci. Nie można tak po prostu przyjść, wziąć dziecko na kilka dni, a potem je oddać. Rodziny, które chcą zaprosić dziecko na święta, powinny dużo wcześniej spotkać się z psychologiem i dyrektorem placówki, odpowiednio się do tego przygotować.

Ale przecież kierują się dobrymi intencjami, chcą dać dzieciom, które nie mają prawdziwego domu, trochę ciepła, serca.
E. S.-K.: Tak, ale często nie zdają sobie sprawy, jaka na nich spoczywa odpowiedzialność. Dzieci z domu dziecka, zwłaszcza te małe, marzą o własnym domu, rodzinie. Każda nowa ciocia czy wujek w ich życiu to dla nich nadzieja, że ich los się odmieni. Ktoś chce tylko uprzyjemnić im święta, a one łudzą się, że znalazły dom. Zabierając je do siebie tylko na kilka dni, pokazuje się im życie, które pewnie nie stanie się ich udziałem. Dziecko może bardzo przeżyć powrót do szarej rzeczywistości.

Taka jednorazowa akcja może wyrządzić krzywdę?
E. S.-K.: Pamiętajmy, że dzieci z domu dziecka mają za sobą trudne doświadczenia. Miały już kiedyś mamę i tatę, jakieś ciocie i wujków, były brane i odrzucane. Jeśli więc kolejny kontakt się urywa, jeśli kolejni dorośli pojawiają się i znikają, to one biorą winę na siebie, oskarżają się, że to przez nie znów się nie udało.

Ale może święta z rodziną, nawet taką, którą widzi się po raz pierwszy, są lepsze niż spędzanie ich w państwowej placówce?
E. S.-K.: Dom dziecka nigdy nie będzie prawdziwym domem, ale staramy się swym wychowankom taki stworzyć. Nie jest tak, że dzieci siedzą z nosami przyklejonymi do szyby i czekają, aż je ktoś zabierze. Organizuje im się Wigilię, choinkę, dostają prezenty. Oczywiście, grudzień jest ważny, ale oprócz niego jest 11 miesięcy równie istotnych dla dzieci. Kilka dni spędzonych w innym domu niczego nie zmieni w ich życiu. Takie święta wcale nie muszą być dla nich przyjemnym przeżyciem.

Ale przecież będziemy się starać, aby było im jak najlepiej.
E. S.-K.: Dzieci z domów dziecka często mają skomplikowaną, pogmatwaną psychikę. Nie wiadomo, jak taki gość zachowa się w nieznanym sobie środowisku, gdzie ma prosto siedzieć, ładnie jeść i czuje na sobie spojrzenia innych. Może się wycofać i nie będzie z nim żadnego kontaktu albo zwracać na siebie uwagę, dokuczać. Zupełnie co innego, gdy dziecko już wcześniej zaznajomiło się z tą rodziną, zna ciocię, wujka, ich dzieci. Dlatego właśnie chętne rodziny muszą zgłosić się do domu dziecka znacznie wcześniej, przyjść przynamniej kilka razy, poznać dzieci, porozmawiać z pracownikami i udowodnić, że zależy im na częstszych kontaktach, a nie na kilku dniach w roku.

Czyli zabranie dziecka na święta ma sens tylko wtedy, gdy planujemy później z nim się spotykać?
E. S.-K.: Tak, jeśli dobrze wszystko przemyśleliśmy, obgadaliśmy z innymi członkami rodziny, jeśli rzeczywiście mamy taką potrzebę, aby otoczyć opieką malucha z domu dziecka. Lepiej jednak nie podejmować takiej decyzji w grudniu, bo można postąpić pochopnie.

A jeśli nie jesteśmy gotowi, by stać się rodziną zaprzyjaźnioną, a chcemy pomagać dzieciom z domów dziecka?
E. S.-K.: Można pomagać jako wolontariusz i np. odrabiać z dziećmi lekcje. Pieniędzy w tych placówkach nigdy nie jest za dużo, przyda się każda forma pomocy - owoce, słodycze, darmowe leczenie stomatologiczne czy naprawa okularów. Ci, którzy odczuwają chęć niesienia pomocy, powinni skontaktować się z konkretnym domem dziecka w swojej najbliższej okolicy.